Moja historia karmienia piersią nie była usiana różami

 


Karmienie to niezwykle intymna sytuacja – między Tobą a Twoim dzieckiem. I nie mam tu ma myśli wyłącznie karmienia piersią. Wpatrujecie się w siebie nawzajem, widzisz, jak Twój maluszek zagłada Ci w duszę. Zastanawiasz się, co myśli, a ono po prostu w tym magicznym momencie czuje nieprzepastne pokłady bezpieczeństwa. I miłość, choć absolutnie nie potrafiłoby tego tak nazwać. Dla Ciebie to chwila relaksu, możliwość bycia sam na sam z maleństwem. Dla niego informacja, że jest dla Ciebie najważniejsze na świecie. To czuje mama karmiąca piersią, to czuje mama czy tata karmiący butelką. To wszystko i ja czułam, choć moja droga do pełnej obopólnej satysfakcji z karmienia było długa i wcale nie ustana różami. Ale walczyłam. I wiem, że się opłacało. I nie jest to absolutnie negowanie karmienia mieszanką, krytyka świadomego wyboru: „Nie będę karmiła piersią”.Ten wpis powstał po to, by te mamy, które koniecznie chcą karmić piersią, a sprawia im to problem, wiedziały, że z drobiną determinacji i kompromisu naprawdę można osiągnąć sukces. I nie jest to tylko moje zdanie. Znam i czytałam o wielu takich przypadkach. Dziś ja chcę się z Wami podzielić naszymi przejściami. 

Jeszcze zanim dowiedziałam się o ciąży, wiedziałam, że chcę karmić piersią. Przemawiały do mnie wszystkie atuty, jakie z tego faktu wynikały, a  o których mówiono mi na studiach i o których czytałam w każdym miesięczniku dla przyszłych mam i takichże stronach www. Nie dopuszczałam do głosu problemów. Dlaczego miałoby mi się nie udać? O ciążącej nade mną genetyce nie myślałam.

Pokarm pojawił się u mnie w siódmym miesiącu ciąży, a ja byłam w siódmym niebie. Obwieszczałam wszem i wobec, że bez problemu wykarmię swoje malutkie przecież dziecko. Oskar przyszedł na świat prawie dwa tygodnie przed czasem, a ja, pełna optymizmu, ale jednocześnie z pewną dozą nieśmiałości, zachęcana przez Męża i położną, przyłożyłam sobie trzy i półkilowego szkraba do piersi.

Pierwsze karmienie było ogromnym sukcesem. Maluch, najedzony, zasnął, po czym został zabrany do położnych noworodkowych na badania, a ja odsypiałam trudy porodu. Po kilku godzinach, gdy zbudzona mrowieniem w piersiach, poszłam po Oskara, wciąż wszystko wyglądało kolorowo. Oskar był wiecznie głodny, a ja z uśmiechem przystawiałam go do piersi. Najadał się, zasypiał i za godzinę – półtorej budził się na kolejny posiłek.

Następnego dnia waga wskazała nieznaczny spadek masy ciała, ale to akurat normalne zjawisko u noworodków, więc nikt nie przywiązywał do tego szczególnej wagi. Oskar płakał coraz częściej, budził się, gdy próbowałam wyjść do łazienki wziąć prysznic i uspokajał się tylko na chwilę po przystawieniu do piersi, po czym znów zaczynał płakać. Nie wiedziałam, co się dzieje. Niemożliwe przecież, żeby  był głodny! Jadł właściwie bez przerwy! Pielęgniarki, które się mną opiekowały, sprawdzały, czy faktycznie mam pokarm – miałam. Sprawdzały, czy Oski potrafi ssać – ssał mocno, bez żadnego problemu. I zachodziły w głowię, o co chodzi.

Do dziś nie wiem, co było powodem tego płaczu i potrzeby ciągłego jedzenia, i, jak się okazało, ubytku wagi poniżej przyjętej normy dziesięciu procent wagi po urodzeniu.

Trzeciego dnia miałam nawał pokarmu, co jest oczywiście fizjologią, ale zapewne podbudowane to zostało herbatkami laktacyjnymi, które dzień wcześniej piłam przez cały czas. Ponieważ jednak bilirubina u Oskara podniosła się, co było wynikiem gwałtownego spadku wagi, zalecono naświetlanie. Nie wyszliśmy do domu tego dnia, choć liczyłam na to, że jednak żółtaczka noworodkowa nas ominie. Oskara zabierano na „lampy” na kilkanaście godzin. W tym czasie używałam laktatora, jednak obolałe, popękane od zbyt intensywnego i łapczywego ssania Oskara brodawki zastrajkowały i zabrałam się za ręczne opróżnianie piersi. Mleko, w zbyt małych ilościach, by je przechowywać w stumililitrowych kubeczkach, w które byłam zaopatrzona, wyrzucałam. Nie mogłam przekazać je położnym, które w tym czasie sprawowały opiekę nad Oskarem, bo nie wyraziły na to zgody. Wolały dokarmiać go swoimi gotowymi buteleczkami z mieszanką. Byłam zmuszona wyrazić na to zgodę.

Trzecia zmiana położnych okazała się bardziej przystępna i z ochotą przystała na to, żebym przynosiła im swoje mleko, a nawet, jeśli mam ochotę, przesiadywała z Oskim i karmiła go, gdy się przebudzi. O dziwo, na „lampach” Oskar budził się do karmienia co dwie – dwie i pół godziny, a nie co godzinę. Zaczęto przypuszczać, że moje mleko mu nie wystarcza, więc w czasie, gdy synek przebywał ze mną na sali, dawano mi buteleczki z gotową mieszanką do podania.

Zgodziłam się, poszłam na kompromis, myśląc tylko o tym, by waga mojego dziecka się podniosła i by wypuszczono nas do domu jak najszybciej. Rano podawałam mu więc mieszankę, tuż przed ważeniem (waga faktycznie zaczęła rosnąć), a później, w ciągu dnia, karmiłam go swoim mlekiem i również odciągałam mleko (ręcznie) na czas, gdy Oski będzie naświetlany.

Nadszedł w końcu upragniony czas wyjścia do domu. Zaopatrzyłam się w dwie buteleczki z mieszanką i zamierzałam kupić takie do domu, w razie potrzeby. Mogło się bowiem zdarzyć, że żółtaczka wróciłaby, a my razem z nią, tylko że do szpitala. A tego nie chciałam. W domu Oskar dostawał rankiem mieszankę (Tata bardzo się cieszył, że mógł spędzić ten czas karmienia synka razem z nim), potem zostawała pierś. Co godzinę lub półtorej. Bywały jednakże dni, kiedy mieszanka podawana była dwa razy.

Trwało to trzy miesiące. W czwartym miesiącu życia Oskiego coś się nieznacznie zmieniło. Pokarm w moich piersiach się ustabilizował i nie musiałam się martwić nagłymi nawałami, które co jakiś czas się zdarzały, gdy synek domagał się częstszego karmienia (wiadomo, do mózgu idzie wówczas informacja, że ssanie jest częstsze i potrzebna jest w związku z tym większa ilość mleka), a i Oskar najadał się moim mlekiem. Wtedy też odrzucił całkiem butelkę i, nawet gdybyśmy chcieli, nie moglibyśmy podać mu mieszanki z butli.

Walczyłam zaciekle, bo bardzo tego chciałam. Zgodziłam się na mieszankę, bo nie uważam jej za zło wcielone i jestem wdzięczna, że istniała taka alternatywa, gdy mój syn potrzebował czegoś bardziej kalorycznego. W pewnym sensie uratowała mu życie. Kiedy jednak nie było to konieczne, nie podawaliśmy mu już mleka modyfikowanego i tak przez czwarty, piąty i szósty miesiąc życia Oskar był karmiony tylko moim mlekiem. W siódmym miesiącu zaczęliśmy wprowadzać stały pokarm.

Karmiłam piersią do dnia drugich urodzin synka. Uwielbiałam te chwile, kiedy mój syn tak ufnie wpatrywał się w moją twarz podczas karmienia.

Okazuje się, że wygrałam z genetyką. Moja mama nie mogła wykarmić swoich trzech córek. Przy każdej z nas poddawała się po miesiącu, bo jej własne mleko nam nie wystarczało. Moja siostra karmiła może kilka dni. U mnie było ryzyko, że też nie dam rady, ale nie poddawałam się, bo bardzo pragnęłam tego dla swojego dziecka.

Tym wpisem chciałam Wam, drogie Mamy, które chcecie, ale coś Wam nie wychodzi, pokazać, że można. Tylko, jak we wszystkim w życiu, nie można się poddawać. Podanie butelki z mlekiem modyfikowanym wcale nie przekreśla laktacji. Można to połączyć i wmawianie, że podanie butelki dziecku to koniec karmienia piersią jest bzdurą. Wiem to po sobie. I po wielu innych mamach.

Jaka była Twoja historia karmienia piersią?

Reklamy

4 thoughts on “Moja historia karmienia piersią nie była usiana różami

  1. Elżbieta Skwara pisze:

    Pani Joasiu ❤
    dla przyszłych Mam wspaniały i pouczający tekst. Karmienie piersią jest bardzo ważne,
    nie ma tu żadnej wątpliwości.
    Jest jednak pewien problem, o którym się bardzo mało mówi. Ten problem to przyrośnięcie języczka. Niemowlaczek przy ssaniu płacze, co chwila przestaje ssać. Mamy się niepokoją,
    ale nie znają przyczyny, dlaczego tak się dzieje. Zanim się zorientują, upływa trochę czasu.
    Przeważnie dowiadują się o tym małym problemie przez przypadek.
    Z taką sytuacją spotkałam się w mojej rodzinie wiele razy a i tak nie pamiętałam, gdy urodził się mój wnusio, oczywiście, miał przyrośnięty języczek.
    Dziwię się, dlaczego pediatrzy nie widzą tego problemu?
    Dlaczego nie informują rodziców, że tak może być?
    Dlaczego nie sprawdzają każdego dziecka, jeszcze w szpitalu pod tym kontem?
    Samo nie przejdzie, lekarz musi podciąć języczek i to czym wcześniej, tym lepiej,
    ponieważ ma to wpływ nie tylko na ssanie ale też na mowę.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Ela

    Polubione przez 1 osoba

    • JoannaPS pisze:

      Pani Elu! Słuszna uwaga! W naszym przypadku akurat nie było z tym problemu,a le rzeczywiście jest tak, że za krótkie wędzidełko uniemożliwia ssanie i sprawia, że maluch ma problem z prawidłowym rozwojem mowy. Zdecydowanie powinno być to diagnozowane jak najszybciej, zwykle jednak to logopedzi zwracają na to uwagę u przedszkolaków. Miejmy nadzieję, że będzie się to zmieniało z biegiem lat, bo coraz więcej dzieci ma z tym problem!

      Lubię to

Podziel się opinią - każde słowo ma swoją wartość :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s